Szczyt Kaczyński Tusk

CUD LUB GRETA

Wszyscy twierdzą, że w kryzysie trzeba działać zupełnie odmiennie niż dotychczas. Nie jestem przekonany, czy potrafimy, ale pojawiła się autentyczna szansa spróbowania inaczej. Strach albo paraliżuje, albo zmusza do wyjątkowych wysiłków. Jeśli wykorzystamy wstrząs, rok 2020 będziemy wspominać jako początek nowej, lepszej Polski. Jeśli nie, będzie to początek marnego okresu naszej historii.

Wirusy pogardy

Nie wiem, jak to zrobić, ale może wspólnie coś szybko wymyślimy, póki nie minie szok. Trzeba natychmiast zlikwidować stan wrogości między władzą i państwem a gospodarką. Złe wirusy pogardy do gospodarki prywatnej przywlekliśmy jeszcze z PRL. Nikt ich nie tępił, więc namnożyły się w naszym modelu relacji państwa z biznesem. Żaden z dotychczasowych przywódców, poza prof. Leszkiem Balcerowiczem i prof. Markiem Belką, nie miał ani siły, ani odwagi publicznie sformułować odpowiednik polskiej wersji hasła Clintona „Gospodarka, głupcze”.

Relacje państwa z biznesem zdegenerowały się do patologicznej nieufności, podejrzliwości, wrogości i represji. Mamy długi czas lekceważenia polskich przedsiębiorców, polowania na nich odbywają się bez okresów ochronnych, przy użyciu dowolnej broni. Biznes państwowy kierowany przez partyjnych nominatów jest własnością państwa, więc daje sobie z urzędami radę. Płaci za wszystko, co wymarzą sobie politycy. Prorządowe media mają lukratywne zlecenia reklamowe, właściwi wizjonerzy opływają w pieniądze i zaszczyty płynące z państwowych spółek. Centralny port komunikacyjny, promocje Polski w świecie (czy ktoś wie, co dzieje się z połamanym jachtem „I love Poland” za kilka milionów dolarów?), mnożące się właściwe pomniki i słuszne muzea. Wiele rządowych firm jest na giełdzie. Gdyby w Polsce działała U.S. Securities and Exchange Commission (w slangu tamtejszych finansistów zwana  gestapem), szefowie państwowych spółek i ich rad nadzorczych dużo wydawaliby na adwokatów. Oskarżani o działania na szkodę mniejszościowych akcjonariuszy i spółki.

Bez mapy drogowej

Przejście od komunizmu do gospodarki rynkowej 30 lat temu było majstersztykiem. Są wprawdzie tacy, którzy żądają ukarania Leszka Balcerowicza za jego program transformacji, ale mówi się też o Nagrodzie Nobla dla profesora. Ani jedni, ani drudzy niczego nie osiągną, chociaż kilka lat temu takie wyróżnienie Polaka miało szansę. Trzeba było wykonać pewne działania, pociągnąć za sznurki. Nikt nie kiwnął palcem, szczególnie koledzy.

W Polsce dokonano cudu ekonomicznego, ale zaniedbano ważny drobiazg. Po 45 latach komunizmu gospodarka rynkowa była jedynym wyjściem. Jednak nawet jej animatorzy nie wiedzieli, jak będzie w praktyce funkcjonować. Tym bardziej nie wyobrażali sobie tego zwykli ludzie, wychowani w teorii równych żołądków i „czy się stoi czy się leży, 2 tysiące się należy”. Nikt nam nie wytłumaczył, że wolność to odpowiedzialność za siebie, że wykwalifikowani zarabiają więcej i żyją lepiej. Nie było czasu – i chyba zabrakło wyobraźni podsuwającej przedstawienie Polakom nowych zasad gry. Nikt nie przygotował im mapy drogowej.

Zawodowo mam ucho wyczulone na sygnały przyszłych kłopotów. W listopadzie 1989 przywiozłem z Nowego Jorku walizkę różnych materiałów uczących krok po kroku  gospodarki rynkowej. Czym są i jak działają banki, skąd biorą się pieniądze, jak się z nimi obchodzić. Głównie były to komiksy.

Zdolna graficzka wyrysowała piękne obrazki, ja wypełniłem słowami  dymki  i zrobiłem podpisy. Wyszło nieźle, ale nikt tego nie wydał. Patrzyli na mnie podejrzliwie, wykręcali się skutecznie. Podobnie było z programem działań public relations, które – poufnie – przekazałem premierowi Tadeuszowi Mazowieckiemu. Pan premier nie odpowiedział, papier przeciekł do komunistycznej „Trybuny Ludu”. Przejechała się po mnie i wyśmiała bezczelne szalbierstwo. Później okazji do śmiechu było coraz mniej.

Skąd te pieniądze

Społeczeństwo więc reagowało nieufnie na nowości. Administracja, której nikt nie przestawił na nowe tory, sama tym bardziej tam nie wjechała. W komunie prywaciarz był wrogiem, obcym ciałem, oszustem, złodziejem, aferzystą. Po zmianie prywaciarze nazwali się biznesmenami, ale nikt nie mówił o ich wielkim, pozytywnym znaczeniu w nowym układzie państwa. O tym, że są to twórcy pieniądza, którzy „produkują” środki na wszystko, od limuzyn ministrów do pensji lekarzy i nauczycieli. W mentalności Polaków pozostali tym, czym byli przez dziesięciolecia. W najlepszym razie – osobnikami podejrzanymi, którym trzeba patrzeć na ręce.

Co gorsza, takie złogi myślowe pozostały wśród najbardziej wpływowych osobistości oraz chyba kompletu urzędników państwowych i samorządowych. Ciągle pamiętam słynne powiedzenie jednego z braci Kaczyńskich: „Jeśli ktoś ma pieniądze, to znaczy, że skądś je wziął…”. Nie zarobił dzięki genialnym pomysłom, wielkim talentom, umiejętnej grze rynkowej, obsesyjnej pracy. Wziął, czyli przypuszczalnie ukradł. Takich osobników trzeba trzymać krótko i nie dopuszczać, żeby się nadmiernie rozpędzali. Doszło do tego, że przedsiębiorcy tęsknie wzdychają do ustawy Wilczka, który pod koniec komuny ogłosił, że dozwolone jest wszystko, co nie jest zabronione. Teraz jest odwrotnie. Zakazane jest praktycznie wszystko, a na resztę trzeba mieć pozwolenie. Każdy drobiazg to droga przez mękę.

Biznes jest więc wrogiem państwa. Zamknięcie firmy przez urzędników jest ich sukcesem, a kwestionujący to wyrok sądowy – dowodem, że sądy trzeba pilnie zreformować. O takich sprawach powstają filmy, żywią się nimi programy telewizyjne. Te smutne przypadłości nie dotyczą na ogół inwestorów zagranicznych. Duzi dają sobie radę. Ambasady w Warszawie walczą o nich, rządy w odległych stolicach – też. Ciekawe, że nikt z naszych nie wpadł jeszcze na pomysł wyjazdu np. do USA i otworzenia stamtąd firmy w Polsce. Mieć po swojej stronie ambasador Mossbacher w Warszawie i prezydenta Trumpa w Waszyngtonie to byłaby jazda!

Kolejne polskie rządy chwalą nasz biznes i deklarują wsparcie. Każdy premier starannie natomiast unika kontaktu z przedsiębiorcami. A każdy urzędnik skrupulatnie liczy: za duży dom w warszawskim Wilanowie (486 m2), zamieszkany np. przez adwokata, podatek roczny wynosi 384,16 zł. Ten sam dom z tym samym adwokatem, który zarejestruje tutaj kancelarię prawną, jest obłożony podatkiem 11 412,99 zł. Prawie 30 razy więcej!  Biznes jest popierany. Jasne?

Staż u Buffetta

Na szczęście nie cała gospodarka jest prywatna. Mamy pokaźny sektor państwowy (tworzy 12 proc. PKB) i ambicje jego powiększania. Nazywa się to „repolonizacja”, co brzmi lepiej od upaństwowienia. Jest to obszar, dla osiągnięcia którego młode talenty rozlepiają plakaty partyjne i gardłują na wiecach. Trochę popracują, a potem trafiają do raju. Biznes państwowy zawsze preferował swoich, ale teraz  to chyba nawet sprzątaczki są tam z rekomendacji.

Dyryguje tym wszystkim minister w randze wicepremiera, trzech sekretarzy stanu i dwóch wiceministrów. Ta potęga nazywa się Ministerstwem Aktywów Państwowych. W końcu 2019 roku ministerstwo zarządzało 352 spółkami. Wtedy warte były 227 miliardów złotych. Od powstania ministerstwa do 20 lutego 2020   spółki straciły 52 mld  zł. W sumie kontrolowane przez państwo firmy przez 4 lata zyskały 8 proc. Wskaźnik WiG 20 wzrósł w tym czasie o 20 proc. Fundusze inwestycyjne dyscyplinarnie zwalniają zarządzających portfelami za takie wyniki. Ze skutkiem natychmiastowym.

Wyraźnie wygląda na to, że prywaciarze gospodarują majątkiem lepiej. Duet najsłynniejszych 90-latków świata, Warren Buffett i Charlie Munger, kieruje przez ponad pół wieku konglomeratem inwestycyjnym Berkshire Hathaway. Nieźle mu idzie. Jego aktywa wynoszą prawie 800 mld dolarów (PKB Polski w 2020 r. to 607 mld dolarów), a średni wzrost wartości akcji od 196 r. sięgnął 19 proc. rocznie. Główny wskaźnik giełdowy USA   S&P 500 przyrastał w tempie 9,7 proc.

Inny świat

Czytam (jest dużo czasu) przeróżne teksty dotyczące kryzysu, krajowe i zagraniczne. Wysoko latają tzw. doommongers (handlarze grozy), prezentujący mroczne tezy i przerażające scenariusze. Jest specyficzna kategoria ekspertów, którzy wiedzą, że do uwagi odbiorców najłatwiej przebić się horrorem. Trzej najwięksi aktualnie prorocy zagłady to prof. Nouriel Roubini, prof. Iwan Krastew i prof. Thomas Picketty. My też mamy jednego Wernyhorę. Wszyscy oni (i tuziny innych) mają mnóstwo rozbieżnych teorii załamania i scenariuszy przyszłości. Zgodni są natomiast co do jednego: świat po COVID-19 będzie inny.

Zaryzykuję swoją prognozę. Chyba rozpoczęliśmy chłodny rozrachunek z globalizacją. Miała być przyszłością gospodarki świata, okazało się, że przypomina zaułek, gdzie można dostać w zęby. Wiara, że z państwa na innym kontynencie zawsze, punktualnie i po ustalonej cenie przyjdzie wszystko potrzebne do naszej produkcji, musi być ograniczana. Gdyby inwazja wirusa potrwała dłużej, brak chińskich i indyjskich dostaw przerwałby produkcję samochodów, samolotów, sprzętu elektronicznego czy leków w USA i EU. To proste, ale nikt tego nie przewidział. Mit śrubki tańszej o ułamek centa gdzieś po drugiej stronie globusa stracił właściwe barwy. Trzeba będzie powrócić do siebie lub w najbliższe sąsiedztwo. Więcej produkować na miejscu lub w swojej strefie kulturowej, obyczajowej i cywilizacyjnej. Nawet  jeśli śrubki będą trochę droższe.

Skorzystamy na tym, przesuwając się w górę wskaźników wartości dodanej. Zaczniemy wchodzić w prawdziwe połączenia kooperacyjne. Ograniczymy zatrudnienie niewykwalifikowanej siły roboczej za mizerne pieniądze. Mamy szansę zrobić teraz to, czego nie udało się osiągnąć przez 30 lat wolności. Zbudować społeczną gospodarkę rynkową w mądrym państwie.

Przygnębiająca tandeta

Dwie klątwy wiszą nad polską gospodarką. Prywatna działa w toksycznym, anachronicznym systemie prawnym, przy fatalnych relacjach z rządzącymi. Sektor państwowy jest w rękach oddanych ludzi partii rządzącej. Nikt z nich nigdy nie zarządzał żadnym biznesem. Ludzie mianowani przez polityków są wierni, ale wiele nominacji budzi wesołość, zanim wywoła grozę. Strategiczna część gospodarki znajduje się w rękach dyletantów. Spółki skarbu państwa są podręczną kasą polityków i synekurą dla ich protegowanych, ale z biznesem niewiele mają wspólnego.

Jest to obraz przygnębiającej tandety. Zaczęło się od lenistwa, kiedy nikomu nie chciało się ani promować wielkości Polski po 1989 r., ani opierać się zawiedzionym uczestnikom rewolucji, którzy zostali tam, gdzie byli. Nie zapraszano ich do panteonu, więc nienawistnie zaczęli niszczyć sławę Wałęsy i „Solidarności”, żeby zastąpić ją własną. Tylko częściowo się udało: zburzyli legendę, ale nic nie zbudowali.

Przy okazji jednak powstało państwo, w którym kłamliwy bełkot ma rangę programowych dokumentów. Strategię zastąpiło bajanie w służalczej telewizji i na partyjnych akademiach. Ludzie, którzy mogą żyć i prosperować tylko w modelu polityki, gdzie wódz hojnie nagradza za bezrefleksyjną wierność, stworzyli zdumiewającą zwartą formację. W każdej partii są frakcje, grupy interesów, planuje się układy personalne za kilka lat. Tutaj jest monolit. Potwierdza się ni to prawo, ni to porzekadło Marksa: byt określa świadomość. Cień nielojalności powoduje powrót do marnego bytu powiatowego urzędnika. Dlatego są ślepo oddani.

Mamy więc państwo niesprawne, zorientowane na ochronę interesów własnych i przywódcy. Międzynarodowo nie istniejemy, bo nie mamy nic do powiedzenia i zresztą nie ma kto mówić. Grupka kłótliwych pań w Europarlamencie może reprezentować handlowców z likwidowanego bazaru, nie duże państwo. Mityczny wręcz podziw świata sprzed 30 lat przekształcił się w pogardliwą niechęć dzisiaj.

Powszechny brak klasy, prostactwo, masowe stosowanie oficjalnych kłamstw zamiast argumentów skutkuje gigantycznym bałaganem legislacyjnym, organizacyjnym i wykonawczym. Gospodarka  pozbawiona skutecznej reprezentacji jest marginesem zainteresowania władzy. Nie zna się ona na ekonomii, pogardza przedsiębiorcami. Nie jest w stanie sprawnie zarządzać tym, co ma. Skutecznie przeszkadza prywatnemu biznesowi. Taki jest nasz punkt wyjścia do czasu po pandemii.

Proponuję szczyt

A teraz mamy wirusa. Musimy mieć potężnych protektorów na górze, skoro tak lekko to przebiega. Kryzysu na miarę włoskiego moglibyśmy nie przetrwać. Chyba katastrofa medyczna nas minie. Powstanie pytanie: co dalej? Jeśli pozostaniemy w tym modelu zgody na małe szwindle tworzące wielkie oszustwa, stracimy honor, wolność osobistą i szanse na dobrobyt. Będziemy taplali się w miejscu. Kiedyś dojdzie do wybuchu i Polska znów będzie na ustach świata. Jako problem dla wszystkich.

Można by, korzystając z powszechnego osłupienia nieszczęściem, podjąć program wielkiego sprzątania Polski. Politycznego, legislacyjnego, prawnego, ideologii państwa i technologii jego działania. Błyskawicznego wprowadzenia współczesnej doktryny Wilczka, przywrócenia podstawowych zasad uczciwości, prawości, odrzucenia kłamstwa i wspólne tworzenia dobrobytu. To prostsze  niż się wydaje. Czy ktoś to zrobi?

Plan Kaczyńskiego i Tuska

Wzdychania do nowego planu Marshalla są bezzasadne. Po wojnie duże połacie Europy były pogorzeliskiem, a Niemcy stały na krawędzi klęski biologicznej: masowego głodu, chorób, niepokojów społecznych. Wszystko było tam zniszczone, trzeba było od czegoś zacząć. Plan Marshalla to umożliwił. Teraz nie musimy zaczynać, wystarczy mądrze zmienić kierunek. W Polsce natomiast ze względów sentymentalnych, bo z oryginalnego planu Marshalla Moskwa nas wypchnęła, moglibyśmy nazwać taki program planem Kaczyńskiego i Tuska.

PKT dotyczyłby gruntownej przebudowy polskiego państwa. Jego wyjściowej filozofii, doktryn działania, zasięgu organizacyjnego i osobowego, przekonania każdego jego pracownika do atrakcyjności i niezbędności przebudowy. Taki PKT kosztowałby grosze w sensie finansowym, choć wymagałby dużego wysiłku mentalnego operatorów tej reformy i jej uczestników.

To też zresztą nie powinno być nadmiernie trudne. Człowiek ma w swojej naturze skłonność do rozsądku, racjonalności i porządku logicznego. Pamiętam opowieść szefa ekipy budowlanej, z którą od 30 lat pracuję. Budowała ona rezydencję, którą w środku projektował bardzo znany artysta. Miał chyba kłopoty z wyobraźnią przestrzenną, bo często kazał budować murek, potem go krytycznie oglądał, dysponował rozbiórkę i postawienie ścianki gdzie indziej. W dużym wnętrzu wielokrotnie się to powtarzało.

Ekipie powinno być wszystko jedno, bo była opłacana i za wzniesienie murku, i za jego rozbiórkę. Jednak nie. Ci ludzie widzieli bezsens takiego działania, byli poirytowani i używali grubych słów, określając projektanta.

Dwa największe problemy dotyczące  przeorganizowania państwa (zakładając, że jakiś cud wywoła taką decyzję) to pozorna utrata władzy przez urzędników i likwidacja kopert. Korupcja w Polsce nie jest na szczęście rozpowszechniona, więc nie będzie większych trudności. Natomiast przekształcić urzędnika z nadętego przedstawiciela władzy w przyjaznego partnera interesantów  da się osiągnąć metodą marchewki wspomaganej kijem.

Lepszy start

A wtedy szybko zacznie być inaczej. To będzie nasz drugi, lepszy start do nowej Polski. Nie tak dramatyczny, jak w 1989 roku, ale nie mniej ważny dla naszej bezpiecznej, spokojnej, komfortowej przyszłości.

Mamy naprawdę szczęście, że ten kryzys wydarzył się właśnie teraz. Gdyby wybuchł za kilka lat, a sprawy wyglądałyby tak  jak dotychczas, Polska byłaby na krawędzi wojny domowej. Międzynarodowo osamotniona, zbiedniała, rozbita i podzielona wewnętrznie, rządzona kłamstwami. Żylibyśmy w toksycznej atmosferze wzajemnej nienawiści. Blok władzy, podzielony i wstrząsany walkami o sukcesję po przywódcy, jednoczyłby się tylko w trzymaniu społeczeństwa za mordę. O niedawnej wolności czytalibyśmy w podziemnych wydawnictwach.

Kryzys teraz zmienia zasadniczo reguły gry. Nawet jeśli rządzący obóz utrzyma się przez najbliższe miesiące, swobodę manewru będzie miał znikomą. Przy słabości kadrowej elity władzy skuteczność propagandy i zaklinania rzeczywistości szybko osłabnie. Inflacja wgryzie się w tych, którzy dzisiaj oklaskują władzę. Pamięć i wdzięczność społeczna jest krótka. Będzie trudna zmiana.

Następna ekipa zmierzy się z załamaną i niewydolną w dodatku gospodarką, tworzącą mało wartości dodanej, ze źle opłacaną, roszczeniową siłą roboczą i głębokimi podziałami społecznymi. Może być to droga przez mękę, nie wiadomo dokąd prowadząca. Właśnie dlatego dzisiaj trzeba pracować nad porozumieniem przy wszelkich różnicach.

Prędzej piekło zamarznie

Stąd moja propozycja szczytu Kaczyński – Tusk. Dla wielu absurdalna. Prędzej piekło zamarznie, niż oni zaczną rozmawiać – takie opinie słyszę. Na to teraz wygląda, ale nie takie rzeczy działy się w historii.

Na początek  przestańmy demonizować dwóch głównych graczy naszej marnej sceny politycznej i nadawać im jakieś nadludzkie wymiary. Tak się złożyło, że są aktualnie najważniejsi. Jarosław Kaczyński ma wokół siebie ludzi, którzy muszą być albo w polityce, albo nigdzie. Dla nich wojna o władzę PiS jest walką o życie. Są zdyscyplinowani i oddani. Do czasu oczywiście. Prysną błyskawicznie na boki, kiedy prezes się zachwieje, stworzą grupy i grupki, żeby nie stracić kontaktu z państwową kasą. Kaczyński osiągnął naprawdę wiele, więcej już nie zdobędzie.  Są wszelkie szanse, że  wraz z postępującym kryzysem gospodarczym  dotychczasowe miłe żeglowanie w polityce zacznie być dlań bolesną agonią. Zakończenie kariery z przejściem do historii jest więc kuszącą propozycją.

Donald Tusk otarł się o wielki świat i, sądząc po wydanej książce, bardzo mu się tam spodobało. Ma nadal funkcję umożliwiającą bywanie w Brukseli, ale ani władzy, ani zaszczytów. W kraju brak mu zorganizowanego zaplecza politycznego, chociaż jego siłą jest zdolność przyciągania uwagi mediów i części społeczeństwa. Dla wielu ludzi jest nadzieją na przewietrzenie stęchłej atmosfery. Tyle  że do zaspokojenia tych oczekiwań trzeba mieć wielu oddanych i gotowych do ciężkiej pracy ludzi, bez automatycznej nagrody w spółkach państwowych i urzędach. No i sporo pieniędzy.

Szczyt dla Polski byłby dla Tuska patriotycznym gestem z natychmiastową przepustką do historii. Niekoniecznie w charakterze pomnika. Ma 63 lata i sporo aktywnego życia przed sobą. Publiczne wystosowanie zaproszenia będzie więc mądrym, godnym szacunku gestem męża stanu.

Rozmowa o Polsce

O czym mieliby Jarosław Kaczyński i Donald Tusk rozmawiać? O Polsce. O naszej gospodarce, bezpieczeństwie, dobrobycie, jakości życia, patriotyzmie w XXI wieku. Dwaj najważniejsi ludzie muszą o tym rozmawiać. Zmuszają ich do tego życiorysy i długi staż w polityce. Rozmawiać tak długo, aż wyłoni się przyczółek jakiegoś porozumienia.

Nie wierzę, że jest to nieosiągalne, jak utrzymuje większość moich rozmówców. Grzeczni i wyrozumiali usiłują przytaczać przykłady wypowiedzi obu polityków wykluczające ich celowe, planowane spotkanie. Impulsywni pukają się w głowę i ironicznie komentują moją marzycielską naiwność. Pewno mają rację, choć przecież nie takie totalnie niemożliwe, wykluczone zdarzenia dochodziły jednak do skutku.

Wszystko jest możliwe

W angielskiej terminologii frazę „politics is the art of the possible” (polityka jest sztuką tego co możliwe) rozszerza „anything is possible in politics” (w polityce wszystko jest możliwe). Kilka przykładów tego „wszystko”.

Pierwsze oficjalne rozmowy Izrael – RFN przeprowadzono w 1952 roku, siedem lat po wojnie. Ben Gurion, premier Izraela urodzony w Płocku (może miał w sobie polską skłonność do mądrego kompromisu), złożył wizytę w Bonn w 1960 roku. W pobliżu obozów hitlerowskich ciągle jeszcze odkopywano zbiorowe mogiły Żydów, których nie zdążono spalić, kiedy szef rządu izraelskiego ściskał rękę Niemcowi. Holocaustu nie zapomniano, ale przyjazna współpraca jest wzorowa. Później podobny gest wykonał premier Izraela Begin, podając rękę prezydentowi Egiptu Sadatowi. Dzisiaj oba państwa nie kochają się, ale współpracują.

W latach 60. i 70. ub. wieku nie było większego stężenia nienawiści, jak emocje między Hanoi i Waszyngtonem. Amerykanie ugrzęźli w Wietnamie, ich gigantyczny wysiłek ludzki, wojskowy i finansowy skutkował głównie rosnącą liczbą czarnych worków ze zwłokami wracającymi do domu. Łącznie było ich 60 tysięcy. Nie pomogło 15 milionów ton bomb i wystrzelonych w Wietnamie pocisków. Więcej niż podczas drugiej wojny światowej spadło na całą Europę.

Pierwsze kontakty nawiązano podobno w Warszawie. Później Henry Kissinger w willi pod Paryżem w 1972/73 r. długo negocjował z komunistycznym dygnitarzem Le Duc Tho gorzki dla Ameryki pokój. Później obaj dostali Pokojową Nagrodę Nobla.

Prezydent Richard Nixon odwiedził w Pekinie Mao Ze Donga, który zwierzęco nienawidził Ameryki. Bardziej współcześnie, Irlandzka Armia Republikańska (IRA) wynegocjowała pokój z Brytyjczykami po dziesięcioleciu krwawych zamachów. W dawnej Jugosławii powstało, kosztem kilkuset tysięcy ofiar, kilka państw, które współistnieją. Nawet Kuba i USA wymieniają okazjonalne inwektywy, ale nie grożą już sobie bronią.

A Kaczyński z Tuskiem nie mogą? Naprawdę? Nikt rozsądny w to nie uwierzy. Rozsądnych Polaków jest więcej, niż komukolwiek się zdaje. Dajmy im do zrozumienia, że tego chcemy. Może zrozumieją, że to przede wszystkim ich interes.

Wielka rocznica

Zbliża się okrągła rocznica wydarzenia, jednego z najważniejszych w nowoczesnej historii Europy, a z pewnością najważniejszego w naszych dziejach, 40. rocznica powstania NSZZ „Solidarność”. Minione lata spożytkowaliśmy na niszczenie legendy tego wspaniałego ruchu. Stworzył on, przy okazji niejako, bo cele związku były inne, szlachetne wzorce funkcjonowania w miotanym napięciami, skonfliktowanym świecie. Pracowaliśmy na zagrzebanie legendy  „Solidarności” w błocie i obrzucanie kalumniami bohaterów ruchu. Moglibyśmy uczynić ze zbiorowej mądrości i odpowiedzialności Polaków standard międzynarodowy i dostarczać ludzi do jego stosowania w świecie. Połączonym wysiłkiem frustratów, którzy nie doszli do żadnych godności, wspieranych przez grzebiących w papierach Służby Bezpieczeństwa cwaniaków udało się zohydzić legendę. Na szczęście, nie do końca. Są na świecie ludzie, którzy pamiętają, dokumenty ją potwierdzające i książki opisujące cud końca XX wieku.

Możemy się skrzyknąć i, w nadrzędnym interesie narodowym, spróbować ją odbudować.  Przegrywaliśmy wiele wspaniałych swoich zwycięstw, tego nie możemy. Za wielkie, za ważne.

Na świecie rok  zaczynający się w sierpniu powinien być festiwalem Solidarności. Jako systemu odpowiedzialnego działania, pokojowego rozwiązywania wieloletnich konfliktów, mądrego kompromisu. Świat, który właśnie zagląda w przepaść, potrzebuje takich koncepcji, sprawdzonych w praktyce, przećwiczonych, zastosowanych. To byłby polski model istnienia, podsunięty w trudnym czasie wyboru, ograniczanego dzisiaj do katastrofy lub chaosu. Dla Polski zacząłby się proces odbudowy pozycji międzynarodowej i odzyskiwania kapitału respektu, który utraciliśmy.

Czy Jarosław Kaczyński i Donald Tusk nie mogliby o tym porozmawiać? Choćby po to, żeby jubileusz 40-lecia „Solidarności” nie stał się, co dzisiaj jest standardem, festiwalem wewnętrznych połajanek, pogardliwie ignorowanych przez świat. Z pewnością mogliby. I powinni.

Zabrnęliśmy daleko w wojnie polsko-polskiej. Potrzeba cudu, żeby tak się stało. Zdarzały się w Polsce, choćby w 1920 czy w 1989 roku. Niech więc teraz, dla podziękowania opatrzności za opiekę nad nami podczas ataku groźnej choroby, nastąpi cud zorganizowany: spotkanie Jarosława Kaczyńskiego z Donaldem Tuskiem. W cztery oczy, przy kwadratowym stole, bo okrągły może budzić kontrowersje. Jeden temat: co dalej z Polską? Świat pamięta przykłady wielu krwawych konfliktów, które tak się kończyły. Dlaczego nie skorzystać i nie dołożyć do pomnika naszej wielkości kolejnej marmurowej płyty?

Jeśli nie zechcą się spotykać, pozostaje szukanie Grety Thunberg. Polskiego odpowiednika szwedzkiej uczennicy, która emocjonalnie wytyka wielkim tego świata zakłamanie i bezczynność w ratowaniu klimatu. W ONZ przywódcy dostali za swoje. Tłumek miliarderów w Davos też słuchał pokornie, jak drwiła z nich bojowa 17-latka. Chyba coś zapamiętali. W Polsce na pewno znajdzie się ktoś, kto zrobi to równie dobrze jak ona. Nawet lepiej, bo będzie mówił do swoich. Niech to szybko nastąpi, bo mamy strasznie mało czasu.

A jeśli nic się nie stanie i powrócimy do bijatyki w błocie? Wówczas tę straconą szansę dopiszemy do długiej listy nieszczęść, sprowadzonych przez własną głupotę. Zasłużymy na pogardę. Wszyscy.

Tadeusz Jacewicz