Lament nad premierem

Trzeba mieć wyjątkowego pecha, żeby w tak dramatycznym momencie historii kraju rządził nim tak słaby premier. Doszedł do władzy cierpliwym wspinaniem się po drabinie stanowisk. Jak też sposobem bycia, który jednych upewnia, że jest świetnie, a innych doprowadza do furii. Ci „inni” nie ukrywają swojej jadowitej krytyki, przyklejając premierowi różne przykre etykietki. Od bałaganiarskiego bajarza, który dzisiaj nie pamięta, co opowiadał wczoraj, po patologicznego kłamcę i bezużytecznego szarlatana.
Krytycy robią długą listę szamotaniny rządu, który miota się od ściany do ściany bez jakiegokolwiek planu strategicznego. Gorzej, że każdy taki ruch szef gabinetu zapowiada jako wyjątkowy sukces, a potem kompletnie traci w tej sprawie pamięć. Społeczeństwo, a co gorzej gospodarka nękane są szybko zmieniającymi się zakazami i nakazami.
Nieznany kilka miesięcy temu termin „lockdown” stał się postrachem wszystkich. Rząd nie przewiduje wydarzeń i nie planuje na nie reakcji, tylko chaotycznie, wręcz panikarsko reaguje na sytuację. Zapewniając przy tym, że wszystko jest OK i będzie jeszcze lepiej. Później okazuje się, że jest gorzej, ale elastyczna pamięć premiera miłosiernie chroni go przed przykrościami.
Manipulowanie wprowadzanymi z dnia na dzień zmianami przepisów dezorganizuje życie wszystkich, chociaż rząd tego nie odczuwa. Utrzymywanie publicznie demonstrowanej linii „szafa gra” daje premierowi poczucie komfortu psychicznego. Jego nieprzemakalność na krytykę jest imponująca. Potrafi wymknąć się z każdej pułapki, uniknąć odpowiedzi na dowolne trudne pytanie, mówiąc obok albo od rzeczy.

Atakowanie osobiste premiera przez część mediów wyraźnie nie robi na nim wrażenia. „To jest równie niezauważalne, jak pierdnięcie w tunelu aerodynamicznym”, napisał jeden zgryźliwy komentator. Wygląda na to, abstrahując od doboru sformułowań, że ma rację. Premier wydaje się pokryty teflonem, do którego nic nie przywiera. Ataki odrzucane są jako powodowane niskimi motywami politycznymi. Nie jest to zresztą trudne, bo zdezorganizowana i zdemoralizowana serią klęsk opozycja nie jest w stanie skutecznie zaatakować. Sprawy, które prowadziłyby normalnie do ciężkiego kryzysu gabinetowego, są odpuszczane. Jest to nowa jakość w polityce: słyszenie tego, co się chce usłyszeć, ignorowanie reszty.

Wielu zastanawia się, jakim cudem premier trafił tam, gdzie teraz jest. W życiu nie ujawnił większych talentów, pracę zawodową wykonywał akuratnie, ale bez błyskotliwości oczekiwanej od człowieka, który dociera na absolutny szczyt. Jest skryty, nie ma przyjaciół, nie ufa ludziom. Ciągle uważa, że inni chcą go oszukać, poniżyć i zaatakować. Różne marne cechy charakteru, których mu nie brakuje, niektórzy analitycy przypisują traumatycznym doświadczeniom z dzieciństwa. Przyszły premier rzadko widywał ojca, a jak już, to były to bolesne spotkania.

Tatuś miał wybuchowy charakter, argumenty popierał pięścią. Raz żonie złamał nos, syna bijał regularnie. Lubił (z wzajemnością) kobiety i specjalnie nie ukrywał miłostek ani przed żoną, ani przed nieletnim synem. Ten wcześnie doszedł do wniosku, że świat jest podłym, zdradzieckim i niebezpiecznym miejscem. Trzeba się cały czas rozglądać na boki, żeby nie dać się trafić. Jakiekolwiek zasady moralne są dobre, jeśli służą zainteresowanemu. Jeśli nie, najlepiej je ignorować. Liczy się tylko mój interes i moje sprawy. Reszta nie istnieje. Brak moralności jest fundamentem zasad moralnych tego człowieka. Nagłówek ponurego artykułu w poważnym tytule sygnalizuje nastrój bezradności otoczenia: „Czy to cokolwiek znaczy, że premier jest kompletnie do niczego?”.

Z przykrością czytam takie recenzje premiera Borisa Johnsona, chociaż to rzeczywiście wyjątkowy model. Nawet w czasach, kiedy współcześni przywódcy świata tworzą galerię nie lada osobliwości, fragmentami przypominającą komorę horroru. Co prawda w starożytnym Rzymie rządziły różne typy, od oryginałów po psycholi, ale takiego wysypu dziwolągów w gabinetach szefów państw i rządów, jaki mamy dzisiaj, nigdy nie było. Trump, który paznokciami trzymał się futryny przed oddaniem urzędu. Putin z krzywym uśmiechem zapewniający, że Nawalnego nie warto było otruć, bo nic nie znaczy. I Johnson, który wprowadził się do rezydencji premiera z kochanką, zanim się rozwiódł z żoną. Konkubina urodziła mu syna, a teraz jest ważniejsza od ministrów. De facto ona rządzi, tak przynajmniej twierdzą znawcy sprawy. Wszystko wyżej napisane jest wzięte z brytyjskiej prasy.

Lubię Wielką Brytanię, przeżyłem tam kiedyś wspaniałe lata, zawodowo i towarzysko. Przyglądałem się z bliska rządom Margaret Thatcher. Nabawiłem się wtedy kompleksu, który szczególnie dotkliwie teraz odczuwam w Polsce. Wtedy widziałem, jak kraj podnosił się z upadku i powracał do wielkości. My teraz podróżujemy w odwrotnym kierunku.

Teraz kilku głupich, zakompleksionych polityków załatwiło brexit i prowadzi Wielką Brytanię do przepaści. Johnson cudem zatrzymał się na jej krawędzi. Pytaniem jest nie „czy”, tylko „kiedy” w nią spadnie. Zabawia się byciem premierem. Na razie w mediach nazywają go klaunem, szalbierzem, półgłówkiem. Wkrótce przeklnie moment, kiedy jego walizki dostarczono pod 10 Downing Street.

Bardzo mi żal Wielkiej Brytanii i Brytyjczyków. Pomylili się w głosowaniu. Tak jak my, ciężko za to płacą. Na szczęście my z tego wyjdziemy. Oni chyba nie.
Tadeusz Jacewicz


Poprzedni artykułZAWSZE POZOSTANIE WIELKI
Następny artykułHiszpania Czas chłodnej kalkulacji