Dawniej czytałem książki w skali przemysłowej. Zostało to z wczesnego dzieciństwa. Byłem chorowitym dzieckiem (i co to z niego wyrosło!), sporo czasu spędzałem w łóżku. Z nudów grymasiłem, czyli jęczałem, płakałem, przywoływałem dorosłych. Czytali mi książki. Deal był korzystny dla obu stron. Po półgodzinnej lekturze jakieś dwie godziny leżałem jak trusia.

Zdrowie dopisuje, ale został nawyk. Dzisiaj sam czytam, ale przy stałym braku czasu przyplątał się nawyk. Zawsze zaglądam na ostatnią stronę każdej książki, by zrobić budżet czasu.

Książka „Uzurpator” w tej kwestii stawia szczególne wymagania. Bezlitosny, miejscami jadowity portret ks. Henryka Jankowskiego zajmuje 710 stron ciasnego druku. Ciężko się ją czyta, nie tylko z powodu rozmiarów i rozwlekłości tekstu. Także z przyczyn innego rodzaju: proporcji między opisem moralnej degeneracji księdza oraz licznych wad jego charakteru a działaniami wspierającymi „Solidarność” i walkę o wolność.

Wiem, że opis człowieka nie jest bilansem handlowym i pozycje „ma” nie równoważą rubryki „winien”. Niemniej proporcje nie zostały zachowane, okazja zrobienia takiego bilansu – stracona. Nie sądzę, żeby ktoś jeszcze podjął się napisania takiego dzieła. A szkoda. Zestawienie tak skrajnie wykluczających się sfer dobra i zła byłoby fascynującą lekturą pożytku ogólnego. Szczególna korzyść wynikłaby z poznania, jak tysiące ton bezcennych w ówczesnej głodującej Polsce towarów, które za sprawą ks. Jankowskiego docierały z Zachodu, wzmacniały instynkt walki i przetrwania stoczni, Gdańska i Wybrzeża. I jak kazania prałata, powtarzane przez dziesiątki tysięcy ludzi, cytowane w Wolnej Europie, nagrywane na kasetach i później powielane, dodawały otuchy i krzepiły wątpiących.

Te sprawy są potężnym, ale tylko tłem niezwykle starannej, drobiazgowej i bezlitosnej prezentacji innego wcielenia prałata. Kanalii w haftowanych złotymi nićmi sutannach. Bez żadnych oporów zrzuca je w sypialni swojej królewskiej rezydencji, w obecności kilkunastoletnich blond pacholąt, zapatrzonych w pornografię na ekranie. Robią tam (i wszędzie indziej, gdziekolwiek razem trafiają) rzeczy, o których opowiadają z obrzydzeniem.

Precyzyjnie udokumentowana natomiast jest zmiana seksualnych preferencji ks. Jankowskiego z młodych dziewczynek na młodych chłopców, przy których pozostał do końca żywota. Szczegółowo opisywane są dary, jakie od księdza otrzymywali, wspominane są „zwitki banknotów”, jakie świeżo poznani otrzymywali za „wzięcie w usta”. Każdy z odwiedzających plebanię dostrzegał młodą, ładną obsługę. W wyjazdach krajowych i zagranicznych (w tym do Rzymu i Watykanu) też towarzyszyły pacholęta. Wszyscy to widzieli, nikt nie reagował. Szczególnie hierarchowie Kościoła, dla których obserwowane zdarzenia nie powinny przecież stanowić zagadki.

Prałat Henryk Jankowski miał ogromny talent do gromadzenia dóbr i pieniędzy na szlachetne cele. Z całego świata płynęły transporty i przekazy. W Kościele zdarzają się takie uzdolnienia. Przykładem może być duchowny biznesmen z Torunia. Siła pieniądza, którą prałat władał, czyniła go nietykalnym. Przyjmował go papież, chwalili najważniejsi hierarchowie. Lokalny arcybiskup był bezradny wobec jednego z setek proboszczów, który powinien drżeć na kiwnięcie palca Ekscelencji. W sztywno hierarchicznym Kościele plebania św. Brygidy była jak ambasada mocarstwa. Eksterytorialna. Szefowie Kościoła i władza omijali ją z daleka.

Lech Wałęsa i jego rodzina przetrwali najcięższe chwile w stanie wojennym dzięki opiece, dostawom i pieniądzom ks. Jankowskiego. Także w wolnej Polsce ciągnęły do Gdańska pielgrzymki biznesmenów. Ochrzczenie dziecka przez prałata uznawano za wielki sukces towarzyski. Wciąż były pieniądze, ale szybko wysychały. Nie powiodły się żadne biznesy. Skończył się czas prałata. Umarł w nędzy. Teraz obalono jego pomnik. I wyszła książka „Uzurpator”.

Ks. Henryk Jankowski jest tragiczną postacią. Żył w luksusie, który sam sobie stworzył. Ograniczony umysłowo zbudował swój świat według własnych zasad. Był sławny, cytowany przez międzynarodowe media. Odwiedzany przez największych tego świata. Wielbiony przez tłumy. Stracił samokontrolę i poczucie rzeczywistości.

Skrzywdził wielu młodych ludzi. Złamał lub wypaczył ich życie. Łamał podstawowe doktryny Kościoła, któremu służył. Pycha i pochlebcy, kłamstwo i fałsz zniszczyły mu życie.

W książce cytowany jest Adam Michnik. Zapytany o prałata powiedział: „Jankowski ochrzcił mi syna, a teraz miałbym go oceniać? I jak? W którąkolwiek stronę bym poszedł, dupa zawsze z tyłu”.

A może warto spróbować? W dziejach tych fascynujących lat walki i wolności nie ma drugiej takiej postaci. Ludzie, w których charakterach zło i dobro są nierozłącznie splecione, niekiedy tworzą historię. Tak jak ksiądz prałat Henryk Jankowski.

Tadeusz Jacewicz