Co słychać na Wyspach Brytyjskich? Westchnienie ulgi. Premier Boris Johnson ustąpił. Po sześciu latach narastającej zgryzoty Brytyjczyków, po wpadkach, błędach, oglądaniu rozbieganych oczek szefa rządu jego niepoddająca się grzebieniowi fryzura zniknie z telewizorów. Funkcjonujący na ostatnich kroplach paliwa uczciwości i rzetelności brytyjski system polityczny zebrał siły i zakończył wieloletnią farsę.

Gratuluję Brytyjczykom i składam im wyrazy współczucia. Gratuluję, bo pozbyli się człowieka, który ich dumny kraj ośmieszył, podzielił społeczeństwo, naruszył święte fundamenty jego działania. Z oszustw stworzył mechanizm rządzenia, a polityczne cwaniactwo awansował do systemu sterowania państwa. Podważył elegancję życia publicznego, wpuścił tam tandetę. Ułaskawił kłamstwo, które przez wieki uznawano za ciężkie wykroczenie przeciwko prawu, obyczajom i etykiecie. Kłamca był człowiekiem napiętnowanym. Premier pokazał, że można nim być i świetnie prosperować. Przez stulecia świat podziwiał Wielką Brytanię, teraz jej współczuje.

Inny polityk w innych czasach wyprowadziłby się z domu przy Downing Street 10 po pierwszym udowodnionym szalbierstwie. Johnson sterował swobodnie od wpadki do skandalu, od łgarstwa do intrygi, i nic go nie ruszało. Aż w końcu opuściła go najwierniejsza gwardia. Dymisji 50 ministrów, wiceministrów, ważnych postaci w Partii Konserwatywnej już nie wytrzymał. Powiedział: „z żalem żegnam się z najlepszą posadą świata”. Brytyjczycy odpowiedzieli: „good riddance” (krzyżyk na drogę). Choć wielu, jestem pewien, pożegnało blond premiera krócej, „fuck you”.

Winston Churchill, gigant brytyjskiej historii, powiedział po wygranej bitwie o Anglię: „jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięcza tak wiele tak nielicznym”. Do dzisiaj powinniśmy czuć dumę, bohaterami wśród „tak nielicznych” byli polscy piloci, którzy tuzinami zestrzeliwali samoloty Luftwaffe. Jeśli Churchill patrzy na swój kraj gdzieś z nieba, mógłby teraz powiedzieć, że jeszcze nigdy tak wielu nie straciło tak wiele przez tak nielicznych. Kilku politycznych szalbierzy, budując swoje kariery, wspieranych przez głupich i krótkowzrocznych frustratów rozwaliło ten piękny kraj. Wielka Brytania nie przegrała żadnej wojny, nie przeszła żadnej rewolucji, nie dotknęła jej katastrofa naturalna. Straszne (i brutalnie pouczające) jest potwierdzenie, jak łatwo można ogłupić społeczeństwo i skłonić je do niszczenia najcenniejszych jego wartości.

Przyglądajmy się więc pilnie Zjednoczonemu Królestwu. Działają u nas podobne mechanizmy uruchomione przez ludzi o mentalności Johnsona. Rządzi kłamstwo, fałszywe hasła, podwójna moralność. Tam jednak nie awansują powiatowych urzędników na ministrów czy wójtów na szefów koncernów energetycznych jak u nas. Rząd brytyjski nie ma ani własnej prasy, ani telewizji, więc musi  trochę uważać. Nasz nie musi i jedzie po bandzie. Coraz głośniej protestuje też przeciwko dyktaturze Brukseli. Słychać już przebąkiwania, że i bez niej damy radę! Planują polexit?

Konflikt z Unią Europejską był początkiem końca brytyjskiej wielkości. Londyn był zawsze pewnym problemem, bo nieustannie przepychał jakieś własne interesy i stawiał dodatkowe żądania. Niemniej wielką unijną trójkę stanowił Paryż, Berlin i właśnie Londyn. Anglicy korzystali z potęgi Unii. Chyba bardziej niż odwrotnie.

Krętacze w rodzaju nawiedzonego demagoga Nigela Farage i chodzącego skansenu doktrynalnego marksizmu, szefa Labour Party, Jeremy Corbyna uruchomili histerię antyunijną. Nie będzie Bruksela nami rządzić, mówili. Musimy odzyskać wolność i uchronić narodową tożsamość. I uchronić się przed zalewem przybyszy z innych państw, głównie z Polski. Nikt nie wie, dlaczego padło na Polaków, którzy w bitwie o Anglię ratowali ten kraj wojskowo, a najnowsza emigracja wzmocniła go gospodarczo.

Boris Johnson szybko przyłączył się do tych „patriotycznych” mitomanów. Były korespondent „Timesa” w Brukseli, wyrzucony z redakcji za sfałszowanie ważnego cytatu, uznał, że granie na takich społecznych nastrojach to odkrywkowa kopalnia politycznego złota. Referendum zdecydowało „wychodzimy”. Johnson, już wtedy premier, rześko zabrał się do roboty. Skończył Oxford, ale talenty do tworzenia strategii politycznej i negocjacji miał niewielkie. Umowa o wyjściu z Unii, długo negocjowana, okazała się klęską.

Od północy 31 stycznia/1 lutego 2020  Wielka Brytania nie jest członkiem Unii Europejskiej. Powstała z kolan i boleśnie walnęła głową w sufit. Monstrualne kolejki TIR-ów w portach, zalew biurokratycznych operacji. Puste półki w sklepach, odpływ instytucji finansowych z londyńskiego „city”. Polacy w Hiszpanii mogą kupować domy i mieszkać w nich na stałe. Brytyjczycy muszą co trzy miesiące odnawiać pobyt i płacić za opiekę zdrowotną. Byli u siebie, dzisiaj są tam obcy.

Wielka Brytania stała się średnim krajem na peryferiach zjednoczonej Europy. W rankingach prestiżu międzynarodowego zjechała ostro w dół. Gospodarka ledwie zipie. Brytyjczycy szybko zorientowali się, jak oszukali ich nieodpowiedzialni politycy. Z Borisem Johnsonem na czele. Dobrze, że go się już pozbyli, ale ciężko będzie odbudować to, co zniszczono. Cieszę się, że w końcu zmądrzeli  i bardzo im współczuję. Nie zasłużyli na takiego premiera i los, jaki im zgotował.

Tadeusz Jacewicz