Kilkanaście lat temu człowiek, który według własnych słów uważał mnie za brata, a ja traktowałem go jak bliskiego przyjaciela, zrobił mi świństwo. Uruchomił sprawę, która długo się ciągnęła, była bardzo przykra i ogromnie kosztowna. W końcu wszystko zostało wyjaśnione, sprawę zamknięto, a mnie oficjalnie przeproszono. Dawny przyjaciel, sprawca całego zamieszania, chciał się spotkać i chyba przeprosić.

Do dzisiaj mam odczucie, że zbyt bezwzględnie się wtedy zachowałem. Powiedziałem zainteresowanemu, że wyślę mu „Kodeks honorowy” Władysława Boziewicza. Po jego przeczytaniu niech sam sobie wyznaczy karę, którą ja bez dyskusji przyjmę. Zainteresowany zaklął grubo i odłożył słuchawkę. Nigdy już się nie spotkaliśmy ani nie mieliśmy żadnego innego kontaktu. Wkrótce potem zmarł.

Władysław Boziewicz napisał swój Kodeks w 1919 roku. Do 1939 r. miał 8 wydań. „Polski Kodeks honorowy”, znany jako „Kodeks Boziewicza” dotyczył zasad postępowania honorowego, w tym odbywania pojedynków. Regulował wszelkie sprawy z honorem związane, czyli wszystko, co wówczas w życiu było ważne. Naruszający te zasady byli wykluczani automatycznie ze społeczności ludzi honorowych. Ustalono 28 kategorii takich czynów. Jedną z nich było popełnienie przestępstwa z chciwości lub w celu osiągnięcia korzyści. Honor tracili kłamcy i zdrajcy,  także ci, którzy zeznawali fałsz. Lista wykroczeń była długa. Zawierała kłamstwo, zdradę, tchórzostwo. Uchylanie się od odpowiedzialności, notoryczne łamanie słowa honoru, oszczerstwo, pisanie anonimów.

Osoba pozbawiona zdolności honorowej nie mogła wykonywać wielu czynności wymagających prestiżu i wiarygodności w oczach innych osób. Czyli zajmować wysokich stanowisk, pełnić funkcje publiczne, być członkiem pewnych organizacji, stowarzyszeń czy klubów. Człowiek bez honoru miał marne życie. Utrata honoru prowadziła do ostracyzmu społecznego i moralnego piętnowania. Oznaczała cywilną śmierć łamiącego zasady osobnika.

Przedwojennego kodeksu honorowego nie warto dzisiaj ponownie wydawać. Wszystko się zmieniło. Odpadła cała sfera, która zajmowała połowę dawnego tekstu, pojedynki. Wtedy obrażony i obrażający strzelali do siebie z pistoletów. Po to, żeby ranić lub zabić. Dzisiaj też są pojedynki. Celebryta walczy ze sportowcem w klatce nie o honor, tylko o pieniądze, które płaci gawiedź, takie mordobicie z radością oglądająca. Przedwojennej wyroczni w sprawach honoru takie spotkania nawet się nie śniły.

Czymś jednak trzeba zbiór reguł zastąpić. Czekam więc na współczesnego Boziewicza z narastającą, obsesyjną niecierpliwością. W kwestiach honoru, uczciwości, publicznej elegancji zachowań osiągnęliśmy dno. Niestety, jego poziom ciągle się obniża. Spadamy coraz niżej, grzęźniemy coraz głębiej. Jest to nie tylko bardzo przykre, ale też szalenie szkodliwe. Taplając się w błocie, nie wystartujemy do żadnego ekscytującego lotu w przyszłość, do czego wszyscy tęsknimy. Znienawidzimy siebie, coraz bardziej podzieleni i skłóceni, nieustannie rozgrywając historyczne konflikty. Oglądając, jak inni nas wyprzedzają. Jedni patrząc ze współczuciem, inni z nieukrywaną satysfakcją.

Pilnie potrzebujemy współczesnego Boziewicza. Po to, żeby osuszyć bagno, które nas pochłania. Nieliczni, ale bardzo sprawni gracze je stworzyli, żeby załatwiać swoje brudne interesiki. Myśmy im na to pozwolili, więc także ponosimy za to winę. Wygodnie zapominamy, że na nas ciąży odpowiedzialność nie tylko za życie własne i rodzin, ale i za przyszłość Polski.

Trzeba natychmiast zacząć. Kłamstwo, fałsz, prowokacja, nienawiść opanowały życie publiczne. Politycznie i społecznie jesteśmy w sytuacji szpitala nękanego przez sepsę i gronkowca złocistego. Szpital można uratować, narzucając bezwzględny reżim higieniczny. Bakterie powracają, trzeba sterylność otoczenia bez przerwy kontrolować i bezwzględnie z nimi walczyć. Nigdy nie uda się całkowicie i na zawsze wytępić zła i uniknąć zagrożeń, ale nie możemy być bezczynni.

Dopuściliśmy do totalnej infekcji naszego życia publicznego. Kłamstwo stało się uprawnioną formą dyskursu publicznego. Wszyscy go używają na co dzień. Wygrywają ci, którzy czynią to najbardziej bezczelnie.

Ktoś musi w końcu uderzyć pięścią w stół i zacząć mówić głośno i uparcie, wręcz obsesyjnie, że może być inaczej. Szlachetne, ale mało skuteczne? Nieprawda. Szwedzka gimnazjalistka Greta Thunberg usiadła na chodniku z kawałkiem kulfonami zapisanego kartonu, protestując przeciwko niszczeniu środowiska. Dwa lata później w Davos beształa prezydentów, premierów, miliarderów za to, że przylecieli prywatnymi samolotami produkujących tony gazów cieplarnianych. A oni potulnie słuchali, a nawet zaczęli coś w tej sprawie robić. Oczywiście, w ogólnych sprawach klimatu, bo prywatnymi samolotami nadal latają.
Naprawdę można wiele i szybko zmieniać, jeśli ktoś zechce zagrać va banque i być przywódcą. Nie w wyniku ogrania innych na partyjnych konwencjach, tylko trafiając bezpośrednio do milionów Polaków, bo to w końcu oni wynoszą do władzy i jej pozbawiają. Te miliony mają naprawdę dość tej moralnej miernoty, etycznej dwuznaczności, cwaniactwa i rozbieganych oczu. Pragną sprawnego, honorowego, przyjaznego państwa. Bez kłamstw, szwindli, nienawiści i brudnych gierek. Naprawdę tego chcą i mają prawo oczekiwać, że ktoś im to zaproponuje.

Współczesny Boziewicz nie musi już pisać kodeksu honorowego. Wystarczy, że zacznie uparcie, uprzejmie, ale twardo wskazywać skandale i tych, którzy je tworzą i z nich korzystają. Nie trzeba się wysilać, codziennie życie przynosi nowe.

Takiemu człowiekowi nie będzie łatwo, musi uważnie rozglądać się wokół i unikać ciemnych uliczek. Jednak po pierwszych tygodniach, może miesiącach, śmiałek prowadzący oczyszczającą krucjatę poczuje siłę milionów Polaków, którzy mu sprzyjają i go popierają. Stanie się liderem. Ludzie na ramionach zaniosą go do urzędu, jaki wybierze. My naprawdę mamy dość kłamstwa, nienawiści, oszustw, kradzieży i moralnej nędzy. Jesteśmy inni, lepsi i nie ma powodów, żeby to ukrywać.

Ten współczesny Boziewicz, który podejmie takie działania, będzie codziennie, po nazwisku prosił posłów z żyłką podróżniczą, żeby oddali to, za co wzięli nienależne pieniądze. Oni się tłumaczą, że mogli robić kilometrowe cuda, bo rzeczywiście prawo przez nich uchwalone jest gumowe. Ponad prawem jednak stoi zwykła ludzka przyzwoitość i honor.  Zapomnieliśmy o nim, a to nie jest pojęcie z dawnych czasów, teraz też jest ważne. Może nawet bardziej niż dawniej.

Podobnie trzeba postąpić z tymi, którzy kupili sobie ładnie brzmiące dyplomy magistrów zarządzania. Tam, gdzie udowodnione zostaną przekręty, łapówki i inne działania kryminalne, musi wkroczyć prokurator. Wyłudzający dyplomy w sposób ocierający się o paragrafy powinni stracić je natychmiast. A zyski, osiągnięte z „lewych” magistrów zwrócić.

Bardzo ważne będzie zrobienie listy pomysłowych wynalazców, tych od kilometrów, dyplomów czy jakichkolwiek innych patentów na lekkie życie. Nie mogą już się pojawić w strukturach państwa, bo są zainfekowani. Grożą szybkim postępem polityczno-społecznej sepsy. Nie możemy, nie warto ryzykować.

Dlaczego? Bo nie tylko wywołuje to naszą irytację i odruch obrzydzenia. Taki brak sterylności mocno zagraża państwu. Jego sprawności, bezpieczeństwu i skuteczności. W technice znane jest pojęcie korozji międzykrystalicznej. To rodzaj korozji lokalnej, postępującej wzdłuż granic ziaren w metalu, powodującej osłabienie jego struktury i spadek wytrzymałości, nawet przy braku widocznych zmian na powierzchni. Jest ona szczególnie niebezpieczna, ponieważ może prowadzić do utraty plastyczności i pęknięć, a jest spowodowana np. zubożeniem materiału.

Podobne zjawiska występują w skali państwa. Pozornie drobne niedoskonałości, naginanie prawa, nie mówiąc o czynach kryminalnych, to korozje międzykrystaliczne państwa. Pozornie nic się nie dzieje, na oko wszystko wygląda dobrze, a konstrukcja jest coraz słabsza. Może kiedyś zacząć się zapadać. My to albo widzimy, albo instynktownie się domyślamy. Nie możemy pojąć, dlaczego w warunkach realnego zagrożenia zewnętrznego, przed którym chcemy się bronić gigantycznymi wydatkami na zbrojenie, tolerowany jest proces powolnego rozpadu zwartości i siły moralnej naszego państwa. Dlaczego ci, którzy za nie odpowiadają, nie mogą wspólnie stworzyć potężnej struktury budzącej respekt i podziw. Dlaczego ciągle plączą się w strukturach oficjalnych i publicznych ludzie, którzy być tam nie powinni. Są za słabi intelektualnie i moralnie, nie wiedzą, co to jest honor. Są po prostu nas niegodni.

Polacy naprawdę mają dość. Żądają, żeby było lepiej. Nie w mglistej przyszłości, tylko teraz. Mądry polityk z talentami przywódcy potrafi zrozumieć to i wykorzystać. Będzie współczesnym Boziewiczem. Zostanie bohaterem.

Tadeusz Jacewicz