Angielskie życzenie urodzinowe brzmi: „Many happy returns of the day”. W wolnym tłumaczeniu „Wiele radosnych powrotów tego dnia”. Jest odpowiednikiem polskich „100 lat” z wyrażeniem przekonania, że dzień urodzin jest szczęśliwy dla jubilata.

Tym razem było zupełnie inaczej. Dla 66-letniego Andrew Mountbattena Windsora, do niedawna znanego jako „książę Andrzej”, 19 lutego, dzień jego urodzin, był koszmarem. O godz. 8pod pałacyk w Sandringham, gdzie b.książę zamieszkuje, podjechało kilka policyjnych samochodów. Wkrótce Mountbatten Windsor opuścił rezydencję, wsiadł do policyjnego auta i pojechał do komendy. Został aresztowany jak pospolity rzezimieszek, nie uchroniło go, że jest 8. w hierarchii kandydatów do tronu brytyjskiego. Ani to, że miał urodziny.

Zrobiono to w cywilizowany sposób. Nie założono kajdanek, nie wyprowadzono niedawnego księcia z nosem przy ziemi, co u nas jest normą. Nie filmowały też tego sensacyjnego wydarzenia kamery telewizyjne. Poddano go po prostu koniecznej czynności prawnej. Po angielsku, czyli zgodnie z prawem i procedurami, bez nachalnej sensacji i podtekstów politycznych, które w Polsce są obowiązkowe. Wkrótce zatrzymanego wypuszczono. Postawiono mu zarzuty nadużywania funkcji publicznej. Czeka go proces.

Książę Filip, mąż królowej Elżbiety i ojciec zdegradowanego księcia, powiedział w 1969 roku na spotkaniu z amerykańską prasą: „Tajemnicza magia monarchii nie może być w żaden sposób podważana. Jeśli to nastąpi, zniknie jej piękno i legenda”. W ostatnim stuleciu dwa takie zagrożenia wystąpiły. W 1936 roku, kiedy neurotyczny król Edward VIII chciał poślubić niejasnego pochodzenia amerykańską rozwódkę Wallis Simpson. Abdykował, bo mu na to nie pozwolono, i później plątał się z nią po świecie, ku utrapieniu Londynu. Skandal przykryły zbierające się chmury drugiej wojny światowej, ale rozczarowanie trwało długo. Był to kryzys obyczajowy bez żadnych kompromitujących elementów finansowych.

Andrew Mountbatten Windsor (król Karol III niedawno pozbawił go tytułu księcia) stał się największym zagrożeniem dla monarchii od tamtych czasów. Poważniejszym od dawnego romansu króla, bo wiążącym się z nadużyciem wysokiego stanowiska państwowego do szwindli finansowych. Finanse rodziny królewskiej otacza w Wielkiej Brytanii zwyczajowa, ściśle przestrzegana tajemnica. Wyczyny młodszego syna Elżbiety II (ukochanego i rozpieszczanego przez mamę, co teraz z żalem jest wspominane), ścigane obecnie prawnie, dotyczą pospolitej korupcji i oszustw finansowych, nie imprez organizowanych przez Jeffreya Epsteina. O tych też media brytyjskie chętnie rozprawiają, ale HRH (Jego Królewska Wysokość) prince Andrew całe życie lubił sypiać w różnych miejscach z różnymi partnerkami. Jeśli nie miało to kryminalnego charakteru (małoletność, znęcanie się itp.), co powinni ustalić Amerykanie, Brytyjczycy mu to z niesmakiem wybaczą. Ale korupcja osób publicznych jest tam zbrodnią. Powinniśmy się dużo od nich uczyć.

Premier Margaret Thatcher przejęła władzę po rządzie Labour Party. Lewica lubi i potrafi folgować sobie finansowo, prawica zresztą też. Żelazna Dama wprowadziła zasadę, że na niezwykle skromnych przyjęciach w jej rezydencji przy Downing Street goście polowali na zeschłe kanapki za darmo, ale ministrowie i inni oficjele płacili po 50 funtów.  Za tę kwotę można było wtedy zjeść dwa wystawne obiady. Ministrowie narzekali, ale bali się szefowej i pokornie płacili.

Od tego czasu brytyjskie standardy mocno podupadły, ale coś z nich pozostało. Przedstawiciel państwa czy urzędnik nadal nie może korzystać z żadnej darmochy dobroczyńców, którzy później przychodzą z różnymi propozycjami rewanżu. A w czynnościach urzędowych wszyscy muszą być sterylnie czyści.

Premier Tony Blair, zręczny polityk i człowiek bardzo zapobiegliwy życiowo, opuszczając Downing Street w 2001 roku, mianował księcia Andrzeja specjalnym reprezentantem państwa ds. promocji gospodarki brytyjskiej w świecie. Do dzisiaj nikt nie wie, co wspólnego z gospodarką miał człowiek służący 20 lat w marynarce wojennej i uganiający się za przyjemnościami życia. Funkcję sprawował do 2011 roku. Wygląda na to, że sam zarobił na tym ładne pieniądze i dał zarobić swojemu bliskiemu przyjacielowi Jeffreyowi. W ujawnionych przez Amerykanów dokumentach Epsteina widnieje wiele poufnych notatek księcia Andrzeja z wizyt na wysokich szczeblach politycznych i biznesu, formalnie promujących brytyjski biznes. Skutków tego promowania nie było widać, ale Epstein dostawał kontakty i wiedzę, które później zamieniał w pieniądze. Rewanżował się księciu lotami prywatnym samolotem oraz panienkami, werbowanymi głównie w Europie Wschodniej i Rosji. Taka globalizacyjna korporacja dwóch przekrętów trwała wiele lat. Nikogo nie alarmowała ani raziła wielka przyjaźń brytyjskiego arystokraty z amerykańskim alfonsem i oszustem.

Przyznaję, że nie lubię b. księcia. To pogardzający wszystkimi bęcwał, kochający siebie z pełną wzajemnością, pomiatający ludźmi z niższym statusem społecznym. Ma bałwochwalczy stosunek do pieniędzy i ludzi, którzy mają ich dużo. Umizgiwał się do Epsteina, korzystał z przyjemności, jakich dostarczał, był na jego kiwnięcie palcem. Główny problem księcia stanowił nie nadmierny apetyt seksualny, ale stały brak pieniędzy. Wyciągał z każdego źródła, nie przejmując się ich legalnością i czystością. Ciągle mu ich brakowało.

Zdobywał je każdym sposobem. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego sprzedał piękną posiadłość Sunnighill Park, nowoczesny budynek z 12 sypialniami na 2,5-hektarowej działce. W 2003 roku kupił ją od zarządcy dóbr królowej za 12 265 funtów. To mniej więcej taka transakcja, jak zakup dzisiaj 200-metrowego apartamentu w Warszawie przy Parku Łazienki za 12 000  złotych.

W 2007 roku, jeszcze książę, sprzedał posiadłość zięciowi prezydenta Kazachstanu za cenę wyższą o 3 mln funtów od wystawionej na rynku. Mimo że nie było żadnych innych ofert. Nabywca, Timur Kulibayew, zapłacił 15 mln funtów. W ciągu 4 lat wartość nieruchomości wzrosła 1200 razy, co musiało być rekordem świata. Oficjalnie książę doradzał inwestorom brytyjskim w Kazachstanie, a tam wysoko postawieni ludzie potrafią być wdzięczni.

Z tej smutnej relacji płynie wszak optymistyczny wniosek. Wiele europejskich dynastii królewskich przeżywa podobne kryzysy. Wszędzie usiłują mniej lub bardziej udolnie „załatwić problemy”, czyli zamieść je pod dywan. Brytyjczycy postąpili inaczej. Podziwiam odwagę i determinację króla Karola III. Zdegradował brata, zaaprobował procedury prawne i kazał mu wyprowadzić się z królewskiej posiadłości. Pokazał, że brytyjska demokracja, mimo narzekań i błędów, nadal działa. Udowodnił, że monarchia też działa i potrafi walczyć ze złem. Doskonały przykład dla wszystkich państw, niekoniecznie tych, gdzie panuje monarchia. W chaotycznym świecie fałszu, zakłamania i chaosu to sygnał, że można – i warto – być uczciwym. Brytyjczycy mogą z króla być dumni i powinni mu być wdzięczni.

W Europie prócz brytyjskiej istnieje jeszcze sześć monarchii konstytucyjnych. Królowe i królowie ciągle odgrywają ważną rolę ceremonialną i konstytucyjną, dysponują pałacami i oficjalnymi rezydencjami, ale nie dorównują splendorem ani siłą tradycji i atrakcyjnością ceremonii brytyjskiemu domowi panującemu. Parady gwardii przed Buckingham Palace w niepraktycznych, ale bardzo widowiskowych uniformach, np. z okazji urodzin monarchy, należą do najbardziej widowiskowych wydarzeń w świecie. Turyści to uwielbiają, a także kochają robienie sobie zdjęć z wartownikami w wysokich czapach z futra niedźwiedzia (obecnie są to już włókna sztuczne), co przynosi Wielkiej Brytanii miliardy funtów rocznie.

Brytyjska monarchia co roku kosztuje podatnika podobno ponad 500 mln funtów (nie ma precyzyjnych wyliczeń). Na pewno się jednak opłaca. Pomijając wpływy z ruchu turystycznego oraz ważny składnik marki „Wielka Brytania”, rodzina królewska i ceremonie z nią związane są silnym spoiwem jednoczącym Brytyjczyków. Kryzysy się zdarzają, jak ten ostatni z księciem Andrzejem, ale ich destrukcyjny wpływ osłabia mądra polityka monarchy. Mistrzynią w tej dziedzinie była królowa Elżbieta II. Bardzo zręcznie porusza się na tym obszarze Karol III. Wielka Brytania jest monarchiczną potęgą.

Z tego ostatniego kryzysu wyjdzie na pewno bardziej umocniona niż osłabiona. Brytyjczycy cenią odwagę ludzi sprawujących najwyższe funkcje, akceptują też zawiłość konstytucyjną ich pozycji. W największym skrócie można powiedzieć, że w Wielkiej Brytanii król czy królowa panują a rząd rządzi. Tak jest od dawnych czasów, co obrazowo przedstawił w XIX wieku konstytucjonalista Walter Bagehot. Rządziła wtedy królowa Wiktoria. Ekspert stwierdził: królowa musi podpisać wyrok śmierci na siebie, jeśli obie izby parlamentu jednogłośnie podejmą taką decyzję i jej przekażą. Niełatwo być w Wielkiej Brytanii monarchą.

Z obecnego kryzysu rodzina królewska wychodzi obronną ręką. Karol, jeszcze jako książę, następca tronu, był uważany za dziwaka, który mówi do kwiatków i chodzi w 40-letnim płaszczu. W przeciwieństwie do młodszego brata Andrzeja, który uwielbia drogie samochody i złote zegarki na grubych bransoletach, Karol nosi się jak średniej rangi urzędnik. Kiedy obejmował tron, opinia publiczna powątpiewała, czy sobie da radę. Teraz się okazuje, że czyni to świetnie. Zdobył podziw i szacunek Brytyjczyków. Ma przyjazną prasę. To nie tylko jego sukces osobisty, ale także dobry prognostyk dla monarchii, którą jej przeciwnicy (a sporo ich jest) chcą przekazać do muzeum. A tymczasem okazuje się, że monarchia żyje, działa, bardzo wysoko podnosi normy odpowiedzialności osobistej i honoru swoich członków. Zdobyła szacunek własnego społeczeństwa i opinii międzynarodowej. Celująco zdała bardzo trudny egzamin.

 

Tadeusz Jacewicz