Politycy przygotowali kolejne zaostrzenie przepisów ruchu drogowego. Chamskie matoły, które potrafią jeździć z szybkością ponad 200 km/godz. w mieście, mają trafić do więzienia. Nawet jeśli nie spowodują wypadku. Za szybkość 210 km/godz. na autostradzie można będzie dostać do 5 lat odsiadki. Mniejsze akty bezprawia za kierownicą uruchomią lawinę punktów karnych i wypływ sporej gotówki. Nareszcie. Ręce same składają się do oklasków.
Szybko jednak ochłonąłem. Przypomniałem sobie, że próby ucywilizowania naszej motoryzacji podejmowane są od niepamiętnych czasów. Z mizernymi, jak widać, skutkami. Już w PRL prowadzono akcję „Dżentelmen jezdni”. Telewizja, radio i prasa bębniły, jak trzeba zachowywać się na jezdni, żeby na ten zaszczytny tytuł zasłużyć. Nikt się niczym nie przejmował, bo samochodów było niewiele, radary rozstawione bardzo rzadko, a słabo opłacani milicjanci z drogówki miło przyjmowali banknoty wsunięte w prawo jazdy. Po komunie odziedziczyliśmy nie tylko kryzys gospodarczy, ale i kompletny chaos na drogach. Drogo za to płacimy do dzisiaj.
Sprawiedliwie trzeba przyznać, że sytuacja się poprawia. Za wolno jednak, a koszty ekonomiczne, społeczne i ludzkie drogowego bałaganu pozostają absurdalnie wysokie.
W 2024 roku zdarzyło się u nas 21 519 wypadków. Zginęło 1896 osób, rannych zostało 24 782. Nie znalazłem danych o aktualnych kosztach tych zdarzeń, ale w 2022 roku obliczono je na 52 mld złotych. Było to 1,2 proc. produktu krajowego brutto Polski. Takie pieniądze straciliśmy, nie licząc tragedii osobistych rodzin ludzi zabitych na drodze i złamanego życia tysięcy tych, którzy trwale utracili zdrowie.
Gdzie indziej jest znacznie lepiej. W Wielkiej Brytanii, kraju prawie dwukrotnie większym od Polski, ofiar śmiertelnych jest mniej niż u nas – 1671. Szwajcaria jest cztery razy mniejsza od nas, ale ma 250 zabitych na drogach, siedem razy mniej od nas. Żałośnie odstajemy od średniej unijnej (44 ofiary śmiertelne wypadków drogowych na 1 mln mieszkańców). Haniebnie wyglądamy przy Szwecji i Danii (odpowiednio 20 i 24 ofiary na 1 milion) ze swoją średnią 52 zabitych na 1 milion mieszkańców. Sytuacja jest lepsza, niż była kiedyś, ale wciąż fatalna. Osowiałe pomrukiwania, że trzeba coś zrobić, w sytuacji kiedy co roku tracimy odpowiednik liczby mieszkańców małego miasteczka, a 24-tysięczne miasto idzie do szpitala, jest żałosną manifestacją bezradności władz. Każdych władz, niezależnie od ich zabarwienia politycznego. A jeśli przypomnieć 52 miliardy złotych strat, które rok rocznie z tego tytułu ponosimy, to na usta cisną się słowa obelżywe.
Ruch drogowy jest odkrywkową kopalnią złota dla każdego bystrego polityka. Sprawa dotyczy wszystkich, więc ten, kto stałby się jej rzecznikiem w rządzie, po roku czy dwóch nieustannego mówienia i działania dla poprawy sytuacji zostałby bohaterem narodowym. Prawdziwa polityka to nie międlenie pseudopatriotycznych dyrdymałów czy wzajemne obrzucanie się błotem. Skuteczna jest taka, która dotyczy milionów ludzi, troszczy się o ich emocje i odpowiada na psychologiczne potrzeby.
Sporo jeżdżę po polskich autostradach i jeszcze ani razu nie widziałem policji w akcji. Ani razu! Rozumiem, że to kosztowne, że do radiowozu trzeba wsadzić dwóch ludzi, których brak, że można przytoczyć dziesiątki zgrabnych wyjaśnień. Tak się jednak składa, że właśnie wynaleziono drony. Można takiemu pod ogonem przyczepić kamerę i radar. Niech lata nad autostradami i przesyła informacje do stojącego radiowozu, gdzie boleśnie rozliczą delikwenta.
Zachęcam polityków, żeby zerwali się do działania. Wyobraźmy sobie matoła, który pruje 200 km/godz., wyprzedza na autostradzie z prawej strony, błyska światłami, trąbi, jedzie na zderzaku spoconego ze strachu kierowcy z żoną, dwójką dzieci i rowerami na dachu. Kilku tysiącom ludzi piana z ust kapie na widok takiego króla szosy. A później te kilka tysięcy ogląda, jak drogowy chamuś stoi przy radiowozie ze smętną miną. Radość suwerena z nieszczęścia tego palanta będzie ogromna. Poparcie dla polityka (-ów) kojarzonego z takimi sytuacjami, przebije sufit. Ludzie go pokochają, jego partię też.
Przedsiębiorcy do dzisiaj z nostalgią wspominają ustawę Wilczka z końcowych lat PRL. Liczyła kilka drukowanych kartek, dawała wolność gospodarczą. Niestety, za późno. Ten mechanizm w polityce jednak ciągle działa. Ktoś, kto trafi w ważne, prawdziwe potrzeby ludzi, wyrasta na legendę.
Jeśli ktoś zechciałby nią zostać, niech zajmie się ruchem drogowym. Codziennie o tym mówi, nawet do sitka od herbaty, jeśli zabraknie mikrofonu. Niech codziennie żąda zmiany debilnego przepisu umożliwiającego wyprzedzanie na autostradzie z prawej strony. „Z zachowaniem szczególnej ostrożności” – jak stanowi dzisiaj prawo. Trzeba mieć zupełnie pustkę w głowie, żeby zakładać mądrość rozpasanego prostaka. W sytuacji kiedy ułamki sekund mogą doprowadzić do masakry. Standardowa sytuacja jest inna. Lewym pasem ktoś jedzie z przepisową szybkością 140 km/godz. Z prawej wyprzedza go debil – 200 km/godz. Ma mało miejsca, bo prawym pasem jedzie TIR, więc wciska się przed tego z lewego pasa. Dotknięcie tych dwóch pojazdów to krwawa rzeź osób nimi jadących.
Politycy, jak się wydaje, zaczynają rozumieć, że standardowe gadanie dzisiaj nie wystarcza. Trzeba wiedzieć, co ludzi interesuje i tym się energicznie zająć. Bałagan na drogach na to czeka. Pierwszy, który się nim zajmie, systematycznie i skutecznie, daleko zajedzie. Mogę mu to zagwarantować.
Tadeusz Jacewicz



