Głównym tematem życia publicznego w Polsce był ostatnio Szymon Hołownia. Nie dokonał niczego wiekopomnego, nie ogłosił planu bezpiecznego istnienia dla świata ani nawet nie zaproponował programu przyspieszenia wzrostu gospodarki kraju. Po prostu oznajmił, że nie będzie już liderem swojej partii (1-2 proc. popierających). Jak też, co stało się gigantyczną sensacją, że zacznie się ubiegać o stanowisko wysokiego komisarza narodów zjednoczonych ds. uchodźców. Natychmiast na drugi plan zeszła coraz bardziej dramatyczna wojna w Ukrainie i alarmujący stan publicznych finansów. Czyli sprawy dla nas zasadnicze.
Takie rozdymanie drobiazgów do rozmiarów gigantycznych problemów stało się specjalnością naszej polityki. Zaludnił ją tłumek ludzi mizernych kwalifikacji intelektualnych i marnych moralnych. Niewiele wiedzą o sprawach naprawdę ważnych i jeszcze mniej mają o nich do powiedzenia. Łapią szczęśliwi jakiś drobny epizod i wałkują go przed każdą kamerą czy mikrofonem, który zobaczą. Dzięki temu czują się ważni. Mają nadzieję, że po następnych wyborach uda im się na posadach utrzymać.
Gorzkie mam refleksje. Smutne, że złożenie przez Polaka podania o pracę w urzędzie międzynarodowym budzi takie poruszenie. Podobne i znacznie ważniejsze posady powinny być obsadzane przez nas niemalże automatycznie. To świat powinien ubiegać się o naszych orłów. Wszyscy jednak musieliby wiedzieć, że Polak jest zawsze najlepszym kandydatem na doskonałego szefa każdego ważnego dla życia międzynarodowego urzędu, organizacji czy komisji. Dlaczego? Bo udowodniliśmy to 37 lat temu. Przeszliśmy, na oczach i ku osłupieniu wszystkich, od komunizmu do demokracji i gospodarki rynkowej bez jednego wystrzału i bez kropli przelanej krwi. Wykazaliśmy mądrość, rozsądek, odpowiedzialność i zdolność zawierania kompromisów w najgorszych konfliktach. Takich, jakie w bezradnym teraz świecie skutkują śmiercią dziesiątków tysięcy ludzi i zniszczeniem podstaw egzystencji milionów. Dzisiaj najwięcej do powiedzenia mają bezduszni, bezwzględni patoprzywódcy, którzy swoje działania znaczą krwią, śmiercią i cierpieniami innych.
Mogło być inaczej, gdybyśmy potrafili uchronić i wypromować piękne idee „Solidarności” i przekonać świat, że warto je stosować. Szybko jednak po 1989 roku zaczęli działać mali, zakompleksieni ludzie, podstępnie narzucający własną koncepcję życia. Wygodnego dla nich, destrukcyjnego dla Polski. Szlachetność „Solidarności” przykryli kłamstwami, nienawiścią, tworzeniem sztucznych podziałów, rozbijających nasz wspaniały monolit roku 1989 i lat późniejszych. Niestety, w życiu publicznym łatwiej jest promować nienawiść niż szlachetność. Podziały, judzenie, kłamstwa prowadzą do różnych wersji dyktatury. Demokracja jest często wobec nich bezradna. Polska stanowi tego dramatyczny i smutny przykład.
Nie udało nam się wypromować w świecie wspaniałych zalet idei i praktyki „Solidarności”. Nie stworzyliśmy legendy Polski jako modelowego kraju przyszłości, gdzie konflikty rozwiązuje się nie poniżaniem i niszczeniem przeciwników, ale uparcie i skutecznie dąży do kompromisu. Nie stworzyliśmy obrazu Polaka jako szlachetnego, odpowiedzialnego zwycięzcy, który nikogo nie krzywdzi, a wszystkim potrzebującym pomaga. Nasza to wina, że tak się stało. Wprawdzie czynny demontaż wielkiej legendy prowadzi tylko garstka zawziętych, nienawidzących innych frustratów, ale my wszyscy odpowiadamy także za te opustoszenia. Jednych uwiodła przebiegła demagogia krzewicieli zła, inni nie chcieli reagować, pochłonięci układaniem własnego życia. W ten sposób zgodziliśmy się, żeby nas, niedawno czołówkę Champions League świata, uznano za przeciętne państwo tkwiące wśród 200 innych nacji. Bez specjalnych wyróżnień czy uprawnień. Tak doszło do tego, że Polak, który chce pracować na czele drugorzędnej instytucji międzynarodowej, budzi u nas zdumienie i drwiny. Traktujemy to jako zdarzenie niezwykłe.
A powinniśmy się uginać pod ciężarem masowego zapotrzebowania na Polaków w każdym zakątku świata. To Polak powinien być sekretarzem generalnym ONZ. I przewodniczącym Unii Europejskiej, jak też sekretarzem generalnym NATO. Polacy powinni stać na czele międzynarodowych urzędów, komisji rozjemczych, nadzorujących przestrzeganie porozumień pokojowych i programów odbudowy. Marzę o sytuacjach, że w bezradnym, niespokojnym świecie inni milkną, kiedy zaczyna mówić Polak. Bo wiedzą, że kieruje nim dojrzała, odpowiedzialna mądrość. Zdobyta w przygotowaniu i wspaniałym przeprowadzeniu największej pokojowej rewolucji w historii.
Jeszcze możemy uratować przynajmniej okruchy legendy „Solidarności”. Zbudować szlachetne, honorowe i skuteczne państwo. Jeszcze żyją niektórzy bohaterowie sierpnia 1980 i czerwca 1989 roku. Eksponujmy ich jak najczęściej w kraju, żeby młodzi ludzie poczuli dumę bycia Polakami, zwycięzcami systemu, który przez pół wieku zagrażał istnieniu ludzkości. Nie słuchajmy tych, którzy wmawiają nam kompleksy, jakich nie mamy. Nauczmy się mówić światu, co trzeba robić, żeby siła argumentów, a nie argumenty siły rozstrzygały spory.
Wiemy, jak to robić. Niech wolność i pokojowe rozstrzyganie konfliktów staną się uznawaną na świecie, polską specjalnością. A „Solidarność” – naszą marką. Uratowanie tej legendy jest narodowym obowiązkiem, któremu musimy podołać.
Tadeusz Jacewicz



