Nie zazdroszczę analitykom i komentatorom spraw finansowych. Długie lata studiuję ich prognozy. Doszedłem do wniosku, że z podobnym prawdopodobieństwem uzyskania trafnej odpowiedzi ewolucji sytuacji rynkowej można pytać starego gazdę, pykającego fajeczkę na ławeczce przed okazałą chałupą. Utkwiła mi w pamięci prognoza kursu walut (jakieś 20 lat temu), kiedy według notowań było 2,30 złotego za dolara. Jakiś ekspert z powagą oznajmiał, że za rok „zielony” może kosztować 1,85 złotego, bo taki jest, jego zdaniem, poziom równowagi. Po roku kurs był 3,60 zł. Ekspert tego nie skomentował, ale wyraźnie się nie przejął, bo prognozuje – z szacunkiem wysłuchiwany – do dzisiaj.  …